Nowe zdjecia w galerii
Jestes tutaj: Strona glówna -> News: Ostatnie wspomnienia z Włoch
Ostatnie wspomnienia z Włoch

Ostatnie wspomnienia z Włoch

Sobota 26 listopada 2011

Ale to już było i nie wróci więcej … (na pewno w tym roku nie). W sobotnie  (26 listopada) przedpołudnie dotarliśmy do Rzymu.  Z Asyżu jechaliśmy pociągiem – te są na szczęście punktualne. Na stacji głównej Rzym Termini przesiedliśmy się do metra i linią B ruszyliśmy na stacje Laurentina. Tam już na nas czekał kolejny przemiły pan Zbyszek. Załadował do swojego auta nasze bagaże a my ruszyliśmy na Rzym. Była godzina 16. W centrum mnóstwo turystów i my pośród nich. Rozpoczęliśmy od Circo Massimo (starożytny cyrk, największa arena antycznego świata), potem wraz z nieprzerwanym sznureczkiem turystów obejrzeliśmy Wzgórze Palatyn (miejsce nazywane kolebką Rzymu, na jego zboczu znajdowała się grota, w której wilczyca wykarmiła Romulusa i Remusa). Stąd już kawałek i dotarliśmy do Forum Romanum. Do centrum starożytnego głównego placu  idzie się dawnym kanałem osuszającym  - Cloaca Maxima.  Z góry wzgórza rozciągał się widok na pozostałości Świątyni Romulusa, Świątyni Westy (opiekunki życia rodzinnego), Łuku Septymiusza Sewera, Świątyni Saturna i wielu innych fragmentów wspaniałych starożytnych budowli. Po dłuższej sesji zdjęciowej doszliśmy na Kapitol (święte wzgórze  Rzymian, na którym wznosił się niegdyś wspaniały przybytek Jowisza). Wzgórza kapitolińskie (bo to tak naprawdę dwa wierzchołki) to skupisko kolejnych wspaniałych budowli. Koniecznie trzeba wspomnieć  o Świątyni Junony Monety (Ostrzegającej) , do której prowadzą strome wysokie schody. Dawniej obok świątyni znajdowała się mennica, gdzie bito pieniądze zwane od tytułu świątyni -  monetami. W samej świątyni koniecznie trzeba zobaczyć  figurkę Dzieciątka Jezus wyrzeźbioną w XV wieku w drewnie oliwnym pochodzącym z jerozolimskiego Ogrójca. Obok stromych schodów znajduje się Piazza del Campidoglio. W jego centrum góruje posąg Marka Aureliusza – jedyny starożytny konny pomnik zachowany do naszych czasów. Po jednej stronie placu rozciąga się pałac Senatorów (miejsce urzędowania rzymskiego magistratu) oraz pałac Konserwatorów, który jest obecnie siedzibą Muzeów Kapitolińskich. Po arcydługiej sesji zdjęciowej (dziewczyny chciały mieć zdjęcie niemal na każdym schodku, panowie przybierając odpowiednie pozy fotografowali się przy Marku Aureliuszu, boskich bliźniakach – Kastorze i Polluksie).  Nastał wieczór a my w dalszym ciągu wędrowaliśmy wśród zabytków Rzymu i chłonęliśmy niepowtarzalną atmosferę Rzymu. Wszyscy już byli głodni – zjedliśmy wszystkie ciastka i czekoladę (pani Monika miała dzięki temu lżejszy plecak)a do domu daleko. Ostatnie zdjęcia przed tzw. maszyną do pisania (Ołtarzem Ojczyzny). Niestety do zdjęć ustawiamy się w podgrupach, Patryk nie chce nikomu obcemu dać szansy zrobić nam zdjęcia grupowego. Później jeszcze wysłuchaliśmy jego licznych narzekań na brak statywu do aparatu i opowiadań jakie by  wtedy robił zdjęcia i mogliśmy ruszyć w kierunku stacji metra Koloseum. Prowadzi do niego szeroka ulica Via dei Fori Imperiali. Po drodze minęliśmy Hale Trajana, Świątynię Wenus Rodzicielki. Idąc rzęsiście oświetloną Fori Imperiali Patryk dokonał najważniejszego zakupu wyjazdu – miniaturowy statyw do aparatu. Pomimo ciemności  widać było jego ogromną radość na twarzy. Pozostali natomiast zdali sobie sprawę, że zbyt szybko nie dotrzemy do metra. Patryk wypróbowywał co kilka metrów swój gadżet. I tak zastała nas noc w środku Rzymu. Jeszcze tylko zakup biletów na metro i próba dotarcia do naszego noclegu. I tu niespodzianka. Pani Ilona zrobiła fantastyczny skrót opisu w jaki sposób mamy dostać się do mieszkania pana Zbyszka. Skrót był tak niepowtarzalny, że nikt nic z niego nie rozumiał nie wspominając już o jego twórczyni. Efektem było to ,że wsiedliśmy w autobus jadący nie w tą stronę co trzeba. Objechaliśmy kolejny fragment Rzymu i po licznych dialogach włosko – angielskich z kierowcą wysiedliśmy na jakiejś ulicy na pustkowiu. Ciemno, cisza i tylko my bez planu miasta (ale jazda). Naszym paniom opiekunkom  nie było do śmiechu. I oto idzie jakaś młoda dziewczyna. Trochę speszyła się na nasz widok, ale udało nam się usłyszeć w pierwszej wersji, że takiej ulicy w tej okolicy to nie ma (już była 21.30). Atmosfera zaczęła się robić lekko nerwowa, wkradła się delikatna panika i oto wraca się młoda Włoszka z najwspanialszą wiadomością wieczoru – za rogiem jest nasza ulica. Szybkim krokiem ruszyliśmy na poszukiwanie bloku, jeszcze tylko pokonaliśmy kilka domofonów, schodów i znaleźliśmy się w lokalu p. Zbyszka. Tam już na nas czekało przepyszne spaghetti (wytwór gospodarza). Po napełnieniu brzuchów poszliśmy spać. Dziewczyny miały królewskie łoże, my spaliśmy u ich stóp. Pani Ilona i pani Monika miały do swojej dyspozycji główny pokój.

Niedziela 27 listopada 2011

Jest godzina 5 rano - niedziela i zgadnijcie kto wchodzi do naszego pokoju. Oczywiście nasze nauczycielki – tak , widok nas nie mylił chociaż było ciemno. Chcieliśmy czy nie, musieliśmy zwlec nasze ciała z łóżek lub podłogi i ruszyć na Rzym. Mieliśmy to szczęście (lub nie), że właśnie w tą niedzielę Muzea Watykańskie były otwarte za darmo dla zwiedzających (Pani Ilona i pani Monika powiedziały, że to byłby wstyd takiej okazji nie wykorzystać. A że wyczytały, że żeby dostać się w taki dzień do muzeum trzeba tam być świtem, to wyrwały nas z objęć Morfeusza). Zrobiły to tak umiejętnie , że już po 6 rano przeskakiwaliśmy przez ogrodzenie (nie znaleźliśmy guzika do otwierania domofonu - dobrze, że byliśmy bez walizek). Oczywiście nie wiedzieliśmy o której jest autobus (tutaj nie ma rozkładu jazdy ). Żeby nie marnować czasu ruszyliśmy od przystanku do przystanku (świtem w niedzielę, nie do pomyślenia w Polsce). Może pokonaliśmy 6 a może więcej przystanków, gdy na horyzoncie pojawił się wyczekiwany pojazd 778. Jeszcze tylko pół godziny jazdy do centrum, poszukiwanie autobusu do Watykanu i znaleźliśmy się na miejscu. Ponieważ było dosyć późno – około 8 rano, szybko ruszyliśmy w kierunku Muzeów Watykańskich. Niestety na pomysł zwiedzania Watykanu wpadliśmy nie tylko my. Kolejka była ogromna  - szykowało się kilka godzin czekania. Ale od czego ma się przyjaciół. Jeszcze w Asyżu nasze nauczycielki umówiły się z Portugalczykami (też byli w Rzymie), że kto będzie pierwszy ten zajmuje kolejkę dla pozostałych. Mieliśmy szczęście – Portugalczycy byli przed nami, kilkadziesiąt metrów od wejścia. Dyskretnie wtopiliśmy się w kolejkę i o 9 weszliśmy do muzeów. Zobaczyliśmy wszystko - między innymi Kaplicę Sykstyńską, Komnaty Rafaela, Belweder, Pinakotekę. Zdjęcia, zdjęcia i jeszcze raz zdjęcia. Niesamowite wrażenia, niepowtarzalny przewodnik i kilometry w nogach. Ale warto było. Teraz tylko biegiem na Plac Świętego Piotra na Anioł Pański. Zdążyliśmy. Papież w oknie odmawia modlitwę po łacinie i szok – Ernest potrafi modlić się w języku łacińskim. Zadziwił wiele osób wokół. Po modlitwie ruszyliśmy do Bazyliki Świętego Piotra, Grot Watykańskich i oczywiście na dłużej zatrzymaliśmy się przy grobie błogosławionego Jana Pawła II. Jeszcze tylko sesja zdjęciowa na placu Świetego Piotra i tu niespodzianka . Pani Ilona zdegradowała swojego osobistego fotografa Damiana (ciekawe dlaczego ???). Damian nie mógł sobie znaleźć miejsca. Na szczęście został przywrócony do poprzedniej funkcji i wszyscy odetchnęli z ulgą. Teraz jeszcze szybki posiłek w restauracji i ponownie ruszyliśmy do centrum Rzymu. Panie powiedziały, że to wstyd byłoby jechać autobusem, skoro tyle zabytków wokół. Nie mieliśmy wyjścia i się zgodziliśmy. Ruszyliśmy przez najładniejszy most Rzymu w drogę powrotną. Gdzieś po drodze Ernest i Patryk zgubili się. Później mówili, że kupowali jakieś pamiątki ( koniecznie spytajcie się co kupił Patryk !!!). Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się. Ruszyliśmy przedsienie. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do najładniejszej fontanny Rzymu – Fontanna di Trevi. Tu nasz aparat się rozgrzał. Patryk i Damian mieli pełne ręce roboty. Pani Monika spoglądała na to wszystko z boku i czekała na naszego nowego przewodnika. Dzięki naszemu księdzu Darkowi  mieliśmy możliwość  poznawania kolejnych ciekawych miejsc już w asyście fantastycznego przewodnika – Księdza Kuby.  Już było ciemno ale jeszcze spacerowaliśmy uliczkami Rzymu (zapewniamy, że takich jak my było tysiące), zobaczyliśmy słynne schody hiszpańskie, Pantheon, Plac Wenecki i wiele innych miejsc, które trudno zapamiętać.  Późnym wieczorem pożegnaliśmy się z naszym przewodnikiem i umówiliśmy się na poniedziałkowy ranek.

Poniedziałek 28 listopada 2011

Kolejny dzień w Rzymie przywitał nas ponownie słonkiem. To, że było ciepło nie świadczą krótkie rękawy w podkoszulkach chłopaków i dziewczyn, ale po raz pierwszy zdjęta kurtka a nawet marynarka pani Moniki  (szok).

Plan na ten dzień mieliśmy ambitny. Zaczęliśmy od kolejnej ważnej Bazyliki Świętego Pawła (warto zapamiętać przepiękne portrety papieży oraz grób Św. Pawła). Dalej pieszo poszliśmy do Piramidy (grobu jednego ze słynnych Rzymian) i następnie skierowaliśmy się do Ust Prawdy (legenda mówi, że jeżeli kłamca wsadzi dłoń w usta to one się zamkną. W naszym przypadku nie zamknęły się – to cos znaczy). Tu już czekał na nas ksiądz Jakub . Ruszyliśmy dalej na podbój Rzymu. Zwiedziliśmy ostatnią Bazylikę – Św. Jana na Lateranie zwaną Głową i Matką Wszystkich Kościołów Miasta i Świata skierowaliśmy się do centrum. Ksiądz Kuba to chodząca encyklopedia Rzymu. Opowiadał nam o niemal każdej uliczce Rzymu, kościołach, mijanych zabytkach i ogólnie warunkach mieszkania w tym mieście.  Po dotarciu w pobliże stacji Termini jeszcze zakupiliśmy ostatnie pamiątki, pożegnaliśmy się z księdzem i ruszyliśmy po nasze bagaże. Tym razem nie musieliśmy pokonywać bramy w sposób nietypowy. Szybko się uczymy.

Trochę z żalem ,ale i odrobiną radości ruszyliśmy w drogę powrotną. Pożegnaliśmy miłe i gościnne progi pana Zbyszka i z walizkami w ręku dotarliśmy na przystanek autobusowy. Jeszcze tylko jazda autobusem linii 778, metrem oraz pociągiem podmiejskim i znaleźliśmy się na lotnisku. Odprawa przeszła prawie bez bólu (no może tylko jakieś płyny do picia w bagażu podręcznym pani Ilony – poszły do śmieci, pani Monice się udało), Natala tym razem nie piszczała. Do odlotu zostało nam około godziny. W ramach zabicia czasu pani Ilona poszła na zakupy a reszta podzieliła się na grupy i grała w tzw. wisielca ( no jeszcze Ernest przysypiał na ławce obok). Początkowo  walka była wyrównana, ale o zwycięstwie ekipy Edyty zdecydowało słówko „glut”.  Atmosferę oczekiwania podgrzewali liczni Polacy, którzy mówili , że nie wiadomo, czy wylądujemy w Gdańsku ( bo na wybrzeżu wichura). Na szczęście lot i lądowanie przebiegło bez przeszkód. Na lotnisku czekał na nas już bus. Zszokowani temperaturą (we Włoszech było około 20 stopni) bardzo szybko załadowaliśmy się do środka. Kierowca jechał bardzo sprawnie i już około 7 rano byliśmy w Drzewicy. Wszyscy pragnęli tylko jednego – wskoczyć do swoich łóżek, żeby w środę z ochotą wrócić do szkolnej rzeczywistości.

 Teraz zostały nam tylko wspomnienia i zdjęcia a być może niektórym z nas kolejny wyjazd w ramach projektu. Wart zaznaczyć, ze kolejna wymiana będzie miała miejsce w kwietniu  do Portugalii, później Wielka Brytania, Bułgaria, Turcja. Ciekawe, kto będzie kolejnymi szczęśliwcami.

Uczestnikami pierwszego wyjazdu do Włoch byli

Uczniowie:

  • Edyta Telesiewicz uczennica klasy III technikum Informatycznego
  • Sylwia Wąsik uczennica klasy III policyjnej
  • Natalia Pomykała uczennica klasy III policyjnej
  • Ernest Balasiński uczeń klasy IV technikum Informatycznego
  • Damian Spinek uczeń klasy IV technikum Informatycznego
  • Patryk Lewandowski uczeń klasy II policyjnej

Nauczyciele:

  • Pani Ilona Długosz – koordynatorka projektu
  • Pani Monika Machula – dyrektor szkoły

 

Data dodania: 2011-12-19